Kuchnia Enjoy Bydgoszcz

Switch to desktop Register Login

Piotr Lenart – „Napoleon” zakłuty Zakolem

-Gdyby komputer miał na podstawie imienia i nazwiska „stworzyć” wirtualnego Piotra Lenarta, byłaby to bardzo barwna postać, będąca kompilacją: księdza, muzyka, fotografa, oficera służb specjalnych, organizatora zagranicznych wypraw kulinarnych, biznesmena, wytwórcy wędlin, eksperta kulinarnego. Ile jest prawdziwego Piotra Lenarta w tym wirtualnym?

-No cóż w wirtualnym świecie można istnieć na wiele sposobów. Z  wymienionych zajęć, wiele mnie jednak nie dotyczy. Nikt mnie chyba nigdy w sutannie nie widział, ani z instrumentem innym niż chochla czy patelnia. Inna rzecz, że potrawy powinny być dobrze zrymowane. Nie muzyk więc, ale autor takich kpiarskich rymowanek, czasem i owszem do śpiewania pod akordeon mojego przyjaciela Krzysia.  Z kolei fotografie wydarzeń, kulinarnych wyczynów czy pięknej okolicy, to niezaprzeczalna zasługa prof. Bronka Borysa z Instytutu Zootechniki w Kołudzie Wielkiej, doskonałego dokumentalisty rzeczy i zdarzeń…

Kim więc jest  Piotr Lenart?

-W każdym tkwią pasje i talenty. Z pewnością kulinaria, to moja pasja, zaś produkt lokalny to misja specjalna. Ekspertem kulinarnym jestem w tym sensie, że mam swój sposób np. na gęsinę czy jagnięcinę, dziczyznę czy wieprzowinę, no i wyroby wędliniarskie. Tą wiedzą i umiejętnościami chcę się dzielić i się dzielę. Nie jest to  biznes w pełnym tego słowa znaczeniu. Pieniądze, jeśli są, to przy okazji realizacji pasji - misji. Podróże, to kolejna pasja, ale nigdy nie jadę „opalać sztruksu”. Jadę po poznanie, zwłaszcza rzeczywistości od kuchni; po poznanie ludzi i miejsc, warunków w jakich żyją i sposobów na życie .., a bywa, że sposobem na życie może być zajęcie się kaczkami czy gęsiami….

Bez dobrego trunku gęsi się nie jada …

zatem winem .., nalewką podlać ją wypada.

Kto zaś nam odmawia tak zacnego trunku ,

damy mu podpiwek..,  jak deskę ratunku.

Gdy zaś dalej zechce sprawiać nam kłopoty

Niechże pije wodę, niech mu wyjdą poty..

 -…I  potrafiłeś na przykład tak „rozpracować” gęś, że do celów kulinarnych, z wyjątkiem piór i dzioba, wykorzystałeś wszystko, za co zresztą zasłużyłeś sobie dwukrotnie na „Złoty Półgęsek” – nagrodę   konkursu „Czas na gesinę”…

-To żadne rozpracowanie, tylko efektywne wykorzystanie produktu i własnego potencjału. Wychowałem się na 7-hektarowym gospodarstwie, na „Szkielecczyźnie”, gdzie wszystko co spożywaliśmy było na miejscu  wytwarzane i co najważniejsze przetwarzane. Nadwyżkami, bo owszem były, dało się jeszcze podzielić na targu …. Tu chodzi o „savoir – faire” i „savoir – vivre”.., w moim wolnym tłumaczeniu to” umieć - wytworzyć i umieć - żyć”

-Chociaż masz do tego niezaprzeczalny talent, to jednak nie poszedłeś za modą i nie „sprzedajesz” się jako telewizyjny showman, robiący z gotowania prezentację multimedialną, pozbawiający tę czynność celebracji, swoistego „nabożeństwa”. Dlaczego? Może Ty nie jesteś prawdziwym kucharzem?

-Ani  celebryta, ani kucharz, ale taki „kulinarny patriota”, czyli człowiek z fascynacją do polskiej kuchni i kuchni polskich regionów. Kuchnia i gotowanie są dla mnie zabawą, ale to bardzo poważna zabawa. Elementy show się pojawiają, chociażby podczas rozbioru gęsi na elementy, z zabawnym komentarzem. Nie siebie jednak celebruję,  lecz gęś,  i nie jakąkolwiek, tylko kołudzką. Z tego duetu, co  zawsze podkreślam, to gęś jest najważniejsza. Kucharz zaś, w zależności od tego, co z nią zrobi, może zasłużyć na miano kuchmistrza, albo i miernoty, jak ten z rymowanki, zresztą postać autentyczna:

A My se langzam wkoło grilla

Niech nam się klient poprzymila,

Zielem angielskim czy to pieprzem

I tak od tego nie będzie lepsze

I tak se w kuchni chichu, chichu 

Żeby się przypodobać lichu

 

-Taki ktoś,  bez pasji  i bez powołania w kuchni - nie powinien się tam znaleźć, bo jemu wszystko jedno z czego i co powstaje. Mnie zaś chodzi o użycie naszych produktów, naszych dodatków i naszych receptur, a przy tym o kreatywność. Chodzi o tożsamość…. Co wcale nie wyklucza pomyślanego przeze mnie  „gęś – burgera”, który ma mieć nasz kujawsko – pomorski niepowtarzalny smak. Jest alternatywą dla fast foodu, o wyjątkowo obcym nam charakterze. 

 -Cokolwiek by mówić, najczęściej kojarzy się Ciebie z Napoleonem i autorem warsztatów kulinarnych z wykorzystaniem gęsiny i jagnięciny. To do Ciebie pasuje, czy jest to część jakiegoś szerszego zamysłu?

-Ja, jako Napoleon, to była rzecz przypadku. Chcieliśmy zrobić jakieś atrakcyjne wydarzenie „u wrót” Zakola Dolnej Wisły po to, aby ludzi zachęcić do pójścia w  Dolinę, a nie poprzestawaniu tylko na wizycie w  Pałacu w Ostromecku. Zacząłem szukać pomysłów, m.in. szperając w starych zapiskach i korzystając z historycznej wiedzy miejscowego znawcy lokalnych dziejów Jerzego Świetlika. Wtedy to trafiliśmy na przekazy dot. przeprawy  Napoleona z wojskiem przez Wisłę, na wysokości Ostromecka-Mozgowiny, w trakcie rosyjskiej kampanii w 1812. Po przeprawie oczywiście był popas, a więc obozowisko wojsk Księstwa Warszawskiego, a jeśli tak, to z posiłkiem z lokalnych produktów. I tak właśnie powstało wydarzenie historyczno – kulinarne.  Pozostało pytanie:  Kto zagra Napoleona? Z racji mojego słusznego wzrostu i znajomości języka francuskiego – padło na mnie. Koniec-końców, było historycznie, atrakcyjnie a przede wszystkim kulinarnie. Podawany był kurczak Marengo, serwowany Napoleonowi po wygranej bitwie pod Marengo.  Rok później było już bardziej integrująco i przyciągająco do Zakola Dolnej Wisły, z próbą poszukiwania kulinarnego produktu markowego, charakterystycznego dla tego regionu. Padło na jagnięcinę, bo owce w Zakolu i Dolinie Wisły były od zawsze. Zrobiliśmy więc warsztaty kulinarne z jagnięciny wsparte przez Krajową Sieć Obszarów Wiejskich Urzędu Marszałkowskiego – to była akcja „Wieś na weekend”.   Wójtowie gmin Zakola przygotowali i serwowali ajntopy wprost z kotłów kuprowych nad ogniskami. Wszystko z miejscowych lokalnych produktów i wg miejscowych receptur.

-Powiadają o Tobie, że jesteś „niestrudzonym propagatorem lokalnych produktów kulinarnych”. Jak Ty sam to pojmujesz?

-Moim celem jest wyciągnięcie ludzi z galerii handlowych, obwieszczenie i pokazanie wszem i wobec, że jest taki piękny region jak Dolina Dolnej Wisły, że mamy naszą rodzimą Toskanię na wyciągnięcie ręki. Są tu owieczki, tak charakterystyczne dla krajobrazu Toskanii – u nas jest to odtwarzana na nowo rasa owcy-wrzosówki, niegdyś na tyle ważna i powszechna, że stanowiła o lokalnym ekosystemie Doliny Dolnej Wisły. Rzuciłem też hasło: „Niech Cię Zakole”, czyli niech ten region cię zauroczy, zainspiruje do działania, by ten potencjał, który w nim tkwi wydobyć, pokazać i się nim podzielić. Nie do przecenienia jest tu rola miejscowych rolników, hodowców, gospodarstw agroturystycznych i kół gospodyń wiejskich, jako wytwórców lokalnych produktów kulinarnych. Potrzebna jest erupcja produktu lokalnego! Podstawy ku temu są. Owca-wrzosówka, kapusta, śliwka i powidła strzeleckie. Mamy więc już co najmniej trzy markowe, sztandarowe produkty, które mogą być podstawą dań charakterystycznych dla tego regionu.

-Czy gdzieś znalazłeś inspirację, czy to tak samo jakoś wynikło?…

-Owszem inspirację znalazłem w podróżach studyjnych, realizowanych na zlecenie KSOW Urzędu Marszałkowskiego. Takim dobrym wzorem dla nas może być Alzacja czy Normandia, gdzie nie na terenach wiejskich praktycznie nie ma zjawiska bezrobocia, bo każdy zatrudniony jest u siebie i to zatrudnienie jest dziedziczne (wnuk sprzedaje calvados nie żyjącego już dziadka), gdzie z lokalnego potencjału stworzono produkt. Marzy mi się, aby kiedyś Doliną Dolnej Wisły, po zintegrowanym szlaku kulinarno-turystycznym sunęły bryczki z turystami, zachwycającymi się walorami krajobrazowymi Doliny i smakowymi lokalnych produktów kulinarnych.

-Jaka, według Ciebie, jest recepta na sukces w branży kulinarnej, gastronomicznej?

-To zależy nie tylko od tych branż. Mają one kaganiec instytucji nakazowo – zakazowych, który ciągle trzeba szarpać, albo szukać bajpasa do obejścia. Pora wyrwać się z pęt koncesyjno-urzędniczych, utrudniających lokalnym wytwórcom legalne produkowanie i sprzedawanie swoich produktów. To powoduje, że powidła śliwkowe Doliny Wisły nadal są nie do końca legalnym wytworem,  lecz ciągle z szarej strefy.  Śliwowica jest traktowana jak samogon, bo producent nie może, jak to się dzieje choćby we Francji  skorzystać z objazdowej destylarni i akcyzowania swojej produkcji na miejscu. Tam urzędnik przychodzi i doradza,  jako to zrobić, a u nas czeka na dostarczenie zezwoleń od 30 różnych instytucji zanim łaskawie pozwoli się  na założenie winnicy i uruchomienie produkcji, a koszty wejścia na rynek przyprawiają o zawrót głowy.

-Raz na zawsze trzeba też skończyć ze „sponsorowanym”, darmowym rozdawnictwem jedzenia podczas imprez masowych. To „zabija”, zmiata i pozostawia bez szans przebicia się lokalnych producentów - wystawców.  No, bo kto kupi pyszną zupę śliwkową od gospodarza, gdy obok stoi kocioł z darmową grochówką???

Stanisław Gazda

 

 

 

Czytaj więcej...

Kuchnia w drodze. Przystanek Bydgoszcz

Kucharka z zamiłowania, dziennikarka kulinarna, scenarzystką kilku programów kulinarnych i  podróżniczka poszukująca smaków świata,  na co dzień prowadząca grupę kulinarną Funkyfood, która zajmuje się m.in. nietypową aranżacją potraw - gotowała na Wyspie Młyńskiej.

Gosia Molska i jej ekipa kręcili wczoraj na Wyspie Młyńskiej program kulinarny "Kuchnia w drodze”. Już wkrótce telewidzowie poznają,  jaka  Polska jest fajna i smaczna, a w niej Bydgoszcz.

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS

Serwis należy do Bydgoskiej Grupy Medialnej. Powered by: Enjoy Media

Top Desktop version