Kuchnia Enjoy Bydgoszcz

Switch to desktop Register Login

Uwaga talent! Paweł Laśkiewicz

 Nikt tego głośno przy nim nie powie, żeby przypadkiem woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Ale o Pawle nie mówi się inaczej, jak „kulinarny diament”, „kulinarny geniusz”.

Paweł Laśkiewicz, jest uczniem klasy III zawodowej o kierunku kształcenia kucharz w ZSZ Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Bydgoszczy. Ukończy ją z uprawnieniami T-6, co oznacza „sporządzanie posiłków i potraw”. Takie same uprawnienia nabywa się po ukończeniu „gastronomika”. Tyle że Paweł przez tydzień chodzi do szkoły, w kolejnym odbywa praktykę. Szkoli się pod okiem doświadczonego szefa kuchni Adama Kowalewskiego – finalisty Top Chefa, pracującego na co dzień w „Pierogarni pod Aniołami”. Dzięki temu Paweł  zyskuje ogromną przewagę nad absolwentami „gastronomika”. Ma entuzjazm, pasję gotowania, odwagę, kreatywność, a przede wszystkim doświadczenie, które wzrastają wraz z nim. Absolwenci „gastronomika”, jeszcze długo, metodą prób i błędów, będą musieli do tego dochodzić.

 Niebawem przed Pawłem egzamin końcowy przed Okręgową Komisją Egzaminacyjną. Powinien go zdać bez najmniejszych problemów. On przy Adamie Kowalewskim już dawno przeskoczył poziom podstawowy, wymagany w szkole. Dlatego Paweł, chociaż jest jeszcze uczniem, w kuchni radzi sobie nie gorzej od zawodowców. Jego nauczycielka, Beata Lewińska wspomina, iż często zdarzało się, że w szkole zaskakiwał nauczycieli swoją fachową wiedzą. Albo zadawał pytania, na które ci nie potrafili odpowiedzieć. Otwarcie przyznają, że  już nie są w stanie niczego Pawła nauczyć.

 Nauczyciele…uczą się od niego!

Gdybym wprosił się do Pawła na obiad, zapewne poczęstowałby mnie kurczakiem z sosem serowym i frytkami oraz z miksem sałat. Uwielbia go robić i jeść. Ale startując w konkursowych szrankach musiał dwukrotnie zmierzyć się z niełatwym kulinarnie mięsem – dziczyzną. W zmaganiach dwunastu kucharzy z całej Polski w ramach „Kulinarnego Talentu 2016”, które niedawno odbywały się w Warszawie podczas Targów EuroGastro – drugie miejsce zgotował sobie przyrządzając comber z jelenia marynowanego w borowikach, puree z pietruszki, sos demi glace, a do tego pulpet z kurczaka nadziewany serem feta, burak marynowany glazurowany w occie winnym  i żel z jagód.

 Tylko drugie miejsce, czy aż drugie, biorąc pod uwagę bardzo wysoki poziomi i ostrą konkurencję? O tym, że nie pierwsze, zadecydowały niuanse. Zwycięzca przygotował jelenia w ten sam sposób, tyle że jego pulpet z kurczaka nadziany był masłem z curry. I wygrał… wycieczkę do Grecji, gdy tymczasem Paweł załapał się na trzymiesięczny płatny staż na Krecie!

 Dzień wcześniej, również w Warszawie, w ramach Targów EuroGastro, startował Paweł w „CHEF Culinary Cup” pod patronatem Jerzego Pasikowskiego. Będąc najmłodszym w gronie kucharzy,  także uplasował się na drugim miejscu. Za comber z sarny marynowany w soplicy orzechowej, otoczony w panierce z piernika i podany w towarzystwie krokieta grzybowego, puree z pasternaku i jabłka z sosem demi glace oraz dynią marynowaną w soku pomarańczowym z laską cynamonu. Otrzymał statuetkę w kształcie noża, którego trzonkiem była sylwetka kucharza, dyplom i voucher na 7 tysięcy złotych.

 Do gotowania zmusiło go samo życie. Chodząc do podstawówki został z rodzeństwem, które trzeba było nakarmić. Pomyślał, że skoro babcia potrafi zrobić rosół, to dlaczego on by nie miał umieć?

 „Żeby się coś udało, najpierw trzeba to spieprzyć”.

 I ugotował rosół. „Warzywko”, maggi, zatuszowały niedoskonałości. Pierwszą pochwałę dostał za kurczaka w sosie curry. Sukces dodał odwagi do eksperymentowania i modyfikowania tradycyjnych potraw. Wtedy po raz pierwszy zakiełkowała myśl, że będzie kucharzem. Zaczynając trzecią klasę gimnazjum, już na 100% wiedział, że bycie kucharzem jest jego przeznaczeniem.

 - Bo, gdy gotuję, czuję się wspaniale! – argumentuje swój wybór Paweł Laśkiewicz. – A gdy usłyszę, że to, co przygotowałem było dobre i smakowało…O, wtedy jest super!

 Nie bez przyczyny używa się określeń: „sztuka kulinarna”, „sztuka gotowania”, bo rzeczywiście trzeba sporo talentu i wysiłku, by potrawa najpierw zachwycała oczy, a w trakcie jedzenia i po jego zakończeniu wprawiała w błogostan.

 -Jeżeli jedzenie ma być dobre, musi być naturalne, bez sztucznych ulepszaczy smaku. Musi obronić się samo. Kostki rosołowe, sosy w proszku, maggi – w mojej kuchni nie mają i nie będą mieć racji bytu – zapewnia Paweł.

 Temu zamierza być wierny, ale gdyby przyszło mu opowiedzieć się za rodzajem kuchni, której chciałby się szczególnie poświęcić i w której doskonalić – uważa, że na taki wybór jest jeszcze za wcześnie. Zresztą czuje, że chcąc być dobrym kucharzem, musi orientować się zarówno w kuchni tradycyjnej, polskiej, regionalnej, staropolskiej, jak i w międzynarodowej, molekularnej, śródziemnomorskiej,  w której dominują owoce morza. Podpatruje więc najlepszych. Dziś jego guru są tacy mistrzowie kuchni jak: Andrea Camastra, Karol Okrasa, Robert Sowa, a przede wszystkim Marco Pierre White, który oddał najwyższe wyróżnienie w branży, czyli trzy gwiazdki Michelin, twierdząc, że gdy  się zdobędzie trzy gwiazdki, to wszystko staje się bardzo nudne, bo już osiągnęło  się wszystko. Następuje monotonia, a gotowanie przypomina pracę przy taśmie.

 Na gruncie lokalnym na pewno imponuje mu Adam Kowalewski, u którego praktykuje. Gdyby nie przeniósł się do niego z kuchni w hotelu Pod Orłem, zapewne stał by w miejscu, a on chciał iść do przodu, rozwijać się. I to praca pod skrzydłami finalisty Top Chefa mu umożliwia. Poznał nowe techniki gotowania, nowe produkty oraz czym jest szacunek do produktów z których się gotuje. I zyskał tę mądrość, że eksperymentowanie w kuchni nie zawsze przynosi spodziewane efekty, a prosta i szczera kuchnia, zawsze się obroni.

 Gdyby Paweł był dziś szefem restauracji

 To każde wydane przez kuchnię danie, firmowane byłoby jego nazwiskiem. Za każde musiałby brać odpowiedzialność, pracując w ten sposób na renomę restauracji i własną. Ale że jest uczniem, wykazać może się jedynie biorąc udział w konkursach kulinarnych. Oprócz dwóch wspomnianych, odbywających się w Warszawie, w marcu uczestniczył Paweł w II Mistrzostwach Polski w Potrawach i Kawiorze z Jesiotra. Tam zajął drugie miejsce. Zabrakło zaledwie punktu, a byłoby pierwsze. Ostatnio dostał się również do finału Młodzieżowego Kreatora Sztuki Kulinarnej, ale jednym z najważniejszych jego osiągnięć jest ukończenie II etapu eliminacji do Narodowej Reprezentacji Juniorów Erfurt 2016.

 Paweł! Tak trzymaj!

 Stanisław Gazda

 

 

 

 

 

Ks. Ryszard Pruczkowski: Ksiądz, który gotuje…

W ciągu czterdziestu lat kapłańskiego życia, pełnił służbę w kilkunastu parafiach w Wielkopolsce i na Kujawach. Różne towarzyszyły mu zwyczaje, różne kuchnie, różne smaki. Dlatego gotowanie zaczęło go nie tylko ciekawić, ale pociągać coraz bardziej. Ale początki zainteresowania kuchnią, to jeszcze lata spędzane rodzinnym domu w Kruszwicy nad Gopłem.  Od tamtych czasów lubi ryby nie tylko łowić, ale je przyrządzać. Jak tylko ma okazję,  kupuje książki kucharskie, związane z myślistwem i kuchnią myśliwską. Pochłaniając literaturę na temat czasów piastowskich, napotykając opisy potraw, jakoś nie potrafi poprzestać jedynie na ich wyobrażaniu sobie…

Karkówka z cynamonem – to popisowe i eksportowe danie ks. kanonika Ryszarda Pruczkowskiego, bo przepis na nią rozszedł się w dziesiątkach egzemplarzy, nie mówiąc o przekazach ustnych. Zawsze się udaje – i jemu, i innym.Bierze się całą karkówkę, naciera solą, pieprzem i cynamonem, wkłada na kilka godzin do lodówki – im dłużej tym lepiej. Na dno brytfanny daje się 2-3 łyżki oleju, wykłada plasterkami słoniny, którą przykrywa się sparzonymi liśćmi kapusty, na których kładzie się karkówkę, dokładnie obłożoną plasterkami surowych ziemniaków i krążkami marchwi. Na wierzch ksiądz kładzie plastry cebuli, posypuje intensywnie cynamonem, dodaje jedno jabłko pokrojone w ćwiartkę, wkłada do piekarnika nagrzanego do 200 stopni,  na około 2 godziny. W trakcie pieczenia podlewa winem, w sumie dwiema szklankami. Aromat jest wyjątkowy.

-Gdybym mieszkał na parterze wieżowca, to czuć byłoby to, co gotuję na jedenastym piętrze. Swego czasu, w trakcie przygotowywania tejże karkówki miałem otwarte okno w domu, koło którego przechodzili jacyś młodzi chłopcy. Czując ten zapach zatrzymali się i usłyszałem jak mówią do siebie: „Czujesz, jak „czarni” sobie dogadzają?” Kiedyś, gdy przygotowałem tę karkówkę, jak pojechaliśmy do centrum dziennego hospicjum, to jedli ją nawet ci, którzy z reguły jeść nie mogli.

Robi też ksiądz Pruczkowski niezłą grochówkę. Często przygotowuje  ją panom pracującym przy budowie kościoła, albo na piknik parafialny. Wówczas gotuje wszystkie produkty razem, ale w domowej kuchni stara się gotować osobno groch niełuskany, moczony z dodatkiem kminku, dzięki czemu zupa nie jest wiatropędna. Groch gotuje się w tej samej wodzie, w której się moczył. Osobno gotuje wywar z żeberek, po części z wędzonych, po części z surowych, dokłada trochę jakichś kości, dodaje dużo czosnku, majeranku, trochę włoszczyzny oraz na koniec pokrojone w kostkę ziemniaki.

Jako że lubi ksiądz pochłaniać książki myśliwskie i kucharskie – i w tych i w tamtych nierzadko trafiał na opisy sporządzania nalewek. Okazało się, że nie ma w tym nic zdrożnego, ani dla stanu duchownego niewskazanego. Wręcz przeciwnie. W tradycje nalewkarskie mocno wpisują się zakony i klasztory. Wiele wymyślonych tam specjałów do dziś przysługuje się medycynie. W ten trend włączył się także ksiądz Ryszard. Nalewki tworzy z tego, co przynosi sobą dana pora roku. A to aronia, a to truskawka. Swego czasu zasmakowała mu u kogoś nalewka na pędach sosny. Dziś ma na nią swój autorski przepis – w słoju układa odrosty sosnowe, zrywane w drugiej dekadzie maja, i zalewa spirytusem. Pozostawia na miesiąc, a bywało że i na pół roku. Po tym czasie zlewa się spirytus i dodaje doń przegotowanej wody z miodem w stosunku 1:1. Takim słodko spirytusowym roztworem ponownie zalewa się odrosty sosnowe i pozostawia na 2-3 tygodnie do miesiąca. Sama woda, która wyciągnęła z odrostów resztki spirytusu ma około 25%. Spirytus zaś ma kolor intensywnie zielonkawy. Po połączeniu ze słabą nalewką, staje się matowy, wytrącają się w nim olejki eteryczne w postaci zawiesiny, którą trzeba przecedzać kilkakrotnie przez filtr do kawy. Ostatecznie nalewka powinna mieć kolor oliwkowo-zielonkawy.

Robił też ksiądz Pruczkowski nalewkę czosnkową. Główkę czosnku trzeba zalać 0,7 l wódki, po dwóch tygodniach przecedza się roztwór i dodaje garść rodzynek i pozostawia na siedem miesięcy. Gdy nabierze koloru herbaty, ponownie się przecedza i pozostawia na miesiąc. Łącznie proces produkcji trwa więc osiem miesięcy. Praktyka pokazała, że po miesiącu nalewka też ma dobry smak. A dla tych, którzy nie mają nawet  tyle cierpliwości, ma ksiądz kanonik przepis na nalewkę „ekspresową”. Robi się ją z…piwa. Wystarczą dwie butelki o pojemności 0,33 litra, do tego ¾ szklanki cukru, jedno opakowanie cukru wanilinowego. Trzeba to wszystko zmieszać, zagotować i wystudzić. Wtedy dopiero można dodać pół litra spirytusu i…można pić już na drugi dzień! Ale jak to nalewka, im dłużej postoi, tym jest lepsza.

Wróćmy do gotowania.Czy w księżowskim gotowaniu można się doszukać czegoś w rodzaju specjalizacji? Nie. Gotuje z tego, co ma w lodówce, na co pozwala skromny budżet.Jak w każdym domu. Dlatego nie zawsze są to obiady dwudaniowe. Raczej przeważają dania jednogarnkowe, kaloryczne, sycące. A to ajntop, a to grochówka, żurek czy zupa gulaszowa. Niekiedy kiełbasa z rożna. W  rodzinnym domu często jadało się kapuśniak, krupnik, z racji bliskości jeziora – ryby, więc do dziś to lubi. A jak brać myśliwska podrzuci coś z dziczyzny, to i kuchnia staje się myśliwska.

Ostatnio zapaliła się u księdza czerwona lampka: „Pruczkowski, czas zacząć żyć postem i modlitwą, z przewagą postu…” Narzucił sobie ksiądz kanonik dietę, więc mógł z wyjątkową przyjemnością, popijając wodę, obserwować jak jego współlokatorzy z apetytem zajadają się tym, co dla nich ugotował i jak im smakuje.

-Ale niedawno wzięło mnie na robienie masełka czosnkowego. Czekam aż masło stanie się plastyczne, gdy daje się urabiać, mieszam je ze słodką papryką mieloną, solą i pieprzem oraz wyciśniętym przez praskę czosnkiem. Zrobiło furorę. My tu mamy w parafii klub seniora. Spotykamy się w każdy czwartek. Gdy opowiedziałem paniom o tym masełku, to na następne spotkanie przyszły ze świeżym chlebem. Jak zrobiłem tego masełka dziewięć kostek, to prawie wszystko poszło.

 - Czy jest taka potrawa, która nie daje spokoju, a którą ksiądz chciałby ugotować, no i oczywiście zjeść?

-To,  co mi przychodzi na myśl, to tradycyjne polskie dania. Chociaż… Dwa razy w życiu robiłem coś ze ślimaków winniczków. Pierwszy raz była to wielka improwizacja, ale że warunki polowe i nic w zamian – zjedliśmy je wszystkie. Za drugim razem było już lepiej, bo dowiedziałem się, że trzeba je najpierw posypać mąką, żeby się jej najadły na tyle, by się w środku wyczyściły. Później trzeba je skropić octem, żeby pozbyć się śluzu. Następnie wrzątek, wyjęcie ze skorupki, duszenie na patelni z dodatkiem przypraw, włożenie na powrót do skorupek, zalanie masełkiem, podanie podgrzanych. Dawno tego nie robiłem, więc może ślimaki?

Ks. kanonik Ryszard Pruczkowski jest proboszczem parafii Bożego Ciała, duchowym opiekunem środowiska ludzi pracy, myśliwych, skarbowców, sybiraków, więźniów politycznych okresu stalinowskiego, hodowców gołębi pocztowych i żandarmerii wojskowej, członków Aeroklubu Bydgoskiego oraz honorowych  krwiodawców.

Stanisław Gazda


 

 

 

 

 

Piotr Lenart – „Napoleon” zakłuty Zakolem

-Gdyby komputer miał na podstawie imienia i nazwiska „stworzyć” wirtualnego Piotra Lenarta, byłaby to bardzo barwna postać, będąca kompilacją: księdza, muzyka, fotografa, oficera służb specjalnych, organizatora zagranicznych wypraw kulinarnych, biznesmena, wytwórcy wędlin, eksperta kulinarnego. Ile jest prawdziwego Piotra Lenarta w tym wirtualnym?

-No cóż w wirtualnym świecie można istnieć na wiele sposobów. Z  wymienionych zajęć, wiele mnie jednak nie dotyczy. Nikt mnie chyba nigdy w sutannie nie widział, ani z instrumentem innym niż chochla czy patelnia. Inna rzecz, że potrawy powinny być dobrze zrymowane. Nie muzyk więc, ale autor takich kpiarskich rymowanek, czasem i owszem do śpiewania pod akordeon mojego przyjaciela Krzysia.  Z kolei fotografie wydarzeń, kulinarnych wyczynów czy pięknej okolicy, to niezaprzeczalna zasługa prof. Bronka Borysa z Instytutu Zootechniki w Kołudzie Wielkiej, doskonałego dokumentalisty rzeczy i zdarzeń…

Kim więc jest  Piotr Lenart?

-W każdym tkwią pasje i talenty. Z pewnością kulinaria, to moja pasja, zaś produkt lokalny to misja specjalna. Ekspertem kulinarnym jestem w tym sensie, że mam swój sposób np. na gęsinę czy jagnięcinę, dziczyznę czy wieprzowinę, no i wyroby wędliniarskie. Tą wiedzą i umiejętnościami chcę się dzielić i się dzielę. Nie jest to  biznes w pełnym tego słowa znaczeniu. Pieniądze, jeśli są, to przy okazji realizacji pasji - misji. Podróże, to kolejna pasja, ale nigdy nie jadę „opalać sztruksu”. Jadę po poznanie, zwłaszcza rzeczywistości od kuchni; po poznanie ludzi i miejsc, warunków w jakich żyją i sposobów na życie .., a bywa, że sposobem na życie może być zajęcie się kaczkami czy gęsiami….

Bez dobrego trunku gęsi się nie jada …

zatem winem .., nalewką podlać ją wypada.

Kto zaś nam odmawia tak zacnego trunku ,

damy mu podpiwek..,  jak deskę ratunku.

Gdy zaś dalej zechce sprawiać nam kłopoty

Niechże pije wodę, niech mu wyjdą poty..

 -…I  potrafiłeś na przykład tak „rozpracować” gęś, że do celów kulinarnych, z wyjątkiem piór i dzioba, wykorzystałeś wszystko, za co zresztą zasłużyłeś sobie dwukrotnie na „Złoty Półgęsek” – nagrodę   konkursu „Czas na gesinę”…

-To żadne rozpracowanie, tylko efektywne wykorzystanie produktu i własnego potencjału. Wychowałem się na 7-hektarowym gospodarstwie, na „Szkielecczyźnie”, gdzie wszystko co spożywaliśmy było na miejscu  wytwarzane i co najważniejsze przetwarzane. Nadwyżkami, bo owszem były, dało się jeszcze podzielić na targu …. Tu chodzi o „savoir – faire” i „savoir – vivre”.., w moim wolnym tłumaczeniu to” umieć - wytworzyć i umieć - żyć”

-Chociaż masz do tego niezaprzeczalny talent, to jednak nie poszedłeś za modą i nie „sprzedajesz” się jako telewizyjny showman, robiący z gotowania prezentację multimedialną, pozbawiający tę czynność celebracji, swoistego „nabożeństwa”. Dlaczego? Może Ty nie jesteś prawdziwym kucharzem?

-Ani  celebryta, ani kucharz, ale taki „kulinarny patriota”, czyli człowiek z fascynacją do polskiej kuchni i kuchni polskich regionów. Kuchnia i gotowanie są dla mnie zabawą, ale to bardzo poważna zabawa. Elementy show się pojawiają, chociażby podczas rozbioru gęsi na elementy, z zabawnym komentarzem. Nie siebie jednak celebruję,  lecz gęś,  i nie jakąkolwiek, tylko kołudzką. Z tego duetu, co  zawsze podkreślam, to gęś jest najważniejsza. Kucharz zaś, w zależności od tego, co z nią zrobi, może zasłużyć na miano kuchmistrza, albo i miernoty, jak ten z rymowanki, zresztą postać autentyczna:

A My se langzam wkoło grilla

Niech nam się klient poprzymila,

Zielem angielskim czy to pieprzem

I tak od tego nie będzie lepsze

I tak se w kuchni chichu, chichu 

Żeby się przypodobać lichu

 

-Taki ktoś,  bez pasji  i bez powołania w kuchni - nie powinien się tam znaleźć, bo jemu wszystko jedno z czego i co powstaje. Mnie zaś chodzi o użycie naszych produktów, naszych dodatków i naszych receptur, a przy tym o kreatywność. Chodzi o tożsamość…. Co wcale nie wyklucza pomyślanego przeze mnie  „gęś – burgera”, który ma mieć nasz kujawsko – pomorski niepowtarzalny smak. Jest alternatywą dla fast foodu, o wyjątkowo obcym nam charakterze. 

 -Cokolwiek by mówić, najczęściej kojarzy się Ciebie z Napoleonem i autorem warsztatów kulinarnych z wykorzystaniem gęsiny i jagnięciny. To do Ciebie pasuje, czy jest to część jakiegoś szerszego zamysłu?

-Ja, jako Napoleon, to była rzecz przypadku. Chcieliśmy zrobić jakieś atrakcyjne wydarzenie „u wrót” Zakola Dolnej Wisły po to, aby ludzi zachęcić do pójścia w  Dolinę, a nie poprzestawaniu tylko na wizycie w  Pałacu w Ostromecku. Zacząłem szukać pomysłów, m.in. szperając w starych zapiskach i korzystając z historycznej wiedzy miejscowego znawcy lokalnych dziejów Jerzego Świetlika. Wtedy to trafiliśmy na przekazy dot. przeprawy  Napoleona z wojskiem przez Wisłę, na wysokości Ostromecka-Mozgowiny, w trakcie rosyjskiej kampanii w 1812. Po przeprawie oczywiście był popas, a więc obozowisko wojsk Księstwa Warszawskiego, a jeśli tak, to z posiłkiem z lokalnych produktów. I tak właśnie powstało wydarzenie historyczno – kulinarne.  Pozostało pytanie:  Kto zagra Napoleona? Z racji mojego słusznego wzrostu i znajomości języka francuskiego – padło na mnie. Koniec-końców, było historycznie, atrakcyjnie a przede wszystkim kulinarnie. Podawany był kurczak Marengo, serwowany Napoleonowi po wygranej bitwie pod Marengo.  Rok później było już bardziej integrująco i przyciągająco do Zakola Dolnej Wisły, z próbą poszukiwania kulinarnego produktu markowego, charakterystycznego dla tego regionu. Padło na jagnięcinę, bo owce w Zakolu i Dolinie Wisły były od zawsze. Zrobiliśmy więc warsztaty kulinarne z jagnięciny wsparte przez Krajową Sieć Obszarów Wiejskich Urzędu Marszałkowskiego – to była akcja „Wieś na weekend”.   Wójtowie gmin Zakola przygotowali i serwowali ajntopy wprost z kotłów kuprowych nad ogniskami. Wszystko z miejscowych lokalnych produktów i wg miejscowych receptur.

-Powiadają o Tobie, że jesteś „niestrudzonym propagatorem lokalnych produktów kulinarnych”. Jak Ty sam to pojmujesz?

-Moim celem jest wyciągnięcie ludzi z galerii handlowych, obwieszczenie i pokazanie wszem i wobec, że jest taki piękny region jak Dolina Dolnej Wisły, że mamy naszą rodzimą Toskanię na wyciągnięcie ręki. Są tu owieczki, tak charakterystyczne dla krajobrazu Toskanii – u nas jest to odtwarzana na nowo rasa owcy-wrzosówki, niegdyś na tyle ważna i powszechna, że stanowiła o lokalnym ekosystemie Doliny Dolnej Wisły. Rzuciłem też hasło: „Niech Cię Zakole”, czyli niech ten region cię zauroczy, zainspiruje do działania, by ten potencjał, który w nim tkwi wydobyć, pokazać i się nim podzielić. Nie do przecenienia jest tu rola miejscowych rolników, hodowców, gospodarstw agroturystycznych i kół gospodyń wiejskich, jako wytwórców lokalnych produktów kulinarnych. Potrzebna jest erupcja produktu lokalnego! Podstawy ku temu są. Owca-wrzosówka, kapusta, śliwka i powidła strzeleckie. Mamy więc już co najmniej trzy markowe, sztandarowe produkty, które mogą być podstawą dań charakterystycznych dla tego regionu.

-Czy gdzieś znalazłeś inspirację, czy to tak samo jakoś wynikło?…

-Owszem inspirację znalazłem w podróżach studyjnych, realizowanych na zlecenie KSOW Urzędu Marszałkowskiego. Takim dobrym wzorem dla nas może być Alzacja czy Normandia, gdzie nie na terenach wiejskich praktycznie nie ma zjawiska bezrobocia, bo każdy zatrudniony jest u siebie i to zatrudnienie jest dziedziczne (wnuk sprzedaje calvados nie żyjącego już dziadka), gdzie z lokalnego potencjału stworzono produkt. Marzy mi się, aby kiedyś Doliną Dolnej Wisły, po zintegrowanym szlaku kulinarno-turystycznym sunęły bryczki z turystami, zachwycającymi się walorami krajobrazowymi Doliny i smakowymi lokalnych produktów kulinarnych.

-Jaka, według Ciebie, jest recepta na sukces w branży kulinarnej, gastronomicznej?

-To zależy nie tylko od tych branż. Mają one kaganiec instytucji nakazowo – zakazowych, który ciągle trzeba szarpać, albo szukać bajpasa do obejścia. Pora wyrwać się z pęt koncesyjno-urzędniczych, utrudniających lokalnym wytwórcom legalne produkowanie i sprzedawanie swoich produktów. To powoduje, że powidła śliwkowe Doliny Wisły nadal są nie do końca legalnym wytworem,  lecz ciągle z szarej strefy.  Śliwowica jest traktowana jak samogon, bo producent nie może, jak to się dzieje choćby we Francji  skorzystać z objazdowej destylarni i akcyzowania swojej produkcji na miejscu. Tam urzędnik przychodzi i doradza,  jako to zrobić, a u nas czeka na dostarczenie zezwoleń od 30 różnych instytucji zanim łaskawie pozwoli się  na założenie winnicy i uruchomienie produkcji, a koszty wejścia na rynek przyprawiają o zawrót głowy.

-Raz na zawsze trzeba też skończyć ze „sponsorowanym”, darmowym rozdawnictwem jedzenia podczas imprez masowych. To „zabija”, zmiata i pozostawia bez szans przebicia się lokalnych producentów - wystawców.  No, bo kto kupi pyszną zupę śliwkową od gospodarza, gdy obok stoi kocioł z darmową grochówką???

Stanisław Gazda

 

 

 

Subskrybuj to źródło RSS

Serwis należy do Bydgoskiej Grupy Medialnej. Powered by: Enjoy Media

Top Desktop version