Kuchnia Enjoy Bydgoszcz

Switch to desktop Register Login

Bogusław Stasik: O wigilijnym kucharzu, który gra w Orkiestrze

Bogusław Stasik Bogusław Stasik Stanisław Gazda

Dla niego Miejska Wigilia, czy bydgoski Finał WOŚP, kończą się zwykle o trzeciej nad ranem. Za kilka godzin poranna prasa pokaże go na zdjęciach, a znajomi z ironicznymi uśmieszkami spytają, ile  tym razem zgarnął kasy. On, jak zawsze odpowie, że robi to za darmo, a ludzie będą pukali się w czoło dziwując: „Kto dziś pracuje społecznie?!”

Brzdącem będąc, spacerując uliczkami Nakła, zawsze na dłuższą chwilę przystawał przed witryną tamtejszej cukierni pana Bączka. Nie, żeby był łasy na słodycze. Boguś po prostu wzroku nie mógł oderwać od słodkich cudeniek. A to ciasta parzone, nadziewane śmietaną łabędzie, a to grzybki z lukrowanymi kapeluszami, takimi że wyglądały jak prawdziwe. Żaden cukiernik w okolicy podobnych wspaniałości nie miał. I raz kiedyś postanowił sobie Boguś, że jak dorośnie, to jeszcze piękniejsze cacka wypiekał będzie.

Kilkanaście lat później, uczęszczając do zasadniczej szkoły zawodowej, trafił pod skrzydła swojego idola z dzieciństwa. Żeby otrzymać świadectwo ukończenia szkoły, musiał odbyć u Bączka roczną praktykę, jako czeladnik. Mistrz był niezwykle wymagający. Niewielki błąd Bogusława powodował bliskie spotkanie jego pleców z ostrzem pana-Bączkowego noża. Od tamtych czasów ma też we krwi zasadę: „cokolwiek kroisz lub robisz, musi być proste”. Czasami nie było. Komediowe sceny z tortami lądującymi na twarzach może i są śmieszne, ale dla Bogusława Stasika nie były i nigdy nie będą...

Pierwszą pracę podjął Bogusław w nieistniejącej już cukierni Jana Mellera przy Placu Piastowskim 17 w Bydgoszczy. Na dobrą sprawę z „papierami od Bączka” przyjęliby go wszędzie, gdzie tylko by zechciał. Marny z tego pożytek, gdyż wojsko szybko się o Bogusława upomniało. Trafił do Bartoszyc. A tam nici z zostania zwiadowcą. Uznano, że większy będzie z niego pożytek w kasynie. W nagrodę za pyszne torty upieczone na wesele „politruka”, wysłany został Bogusław na kurs kucharzy do specjalnej jednostki w Grudziądzu. Tam dostał kolejną nagrodę, która stała się przekleństwem i sprawiła, że już na samym starcie kucharskiej drogi znienawidził ten zawód. Nagrodą był wyjazd na miesięczny zlot harcerzy. Mając do dyspozycji jedynie kotły opalane drewnem, musiał wyżywić kilkudziesięciu głodomorów. Ale gdy wrócił do grudziądzkiej jednostki, bez najmniejszego problemu uzyskał specjalizację wojskowego kucharza-kelnera i możliwość sprawdzenia się w kuchni jednostek wojskowych w Gryficach, Gdyni, Pobierowie, a nawet podczas poligonu rakietowego w Kazachstanie.

Wojsko tak skutecznie „wyleczyło” Bogusława z kucharzenia, że po powrocie do cywila najął się za…piekarza. Szybko przekonał się, że trafił z deszczu pod rynnę. Praca w świątki-piątki, trzyzmianowa, codzienne dojazdy. Traf chciał, że wpadła mu w ręce gazeta z ogłoszeniem, że szukają ludzi do pracy w Służbie Ochrony Kolei. Jako piekarz zarabiał siedem milionów złotych, a tam  „na dzień dobry” dostał trzynaście i pół. Aż się chciało pracować. Dopóki nie okazało się, że w tym samym czasie kucharze i cukiernicy wywalczyli sobie pensje w granicach dwudziestu milionów złotych, a na kolei choć ruch bezustanny,  pensje ani drgnęły. Kołem ratunkowym okazała się narzeczona. Miała koleżankę, żonę oficera o dużych możliwościach. Załatwił Bogusławowi pracę cukiernika w kasynie zaopatrującym w słodkości bydgoskie jednostki wojskowe, sklepy Wojskowej Centrali Handlowej i te na mieście także. Tak było dopóki nie rozformowano jednostki. Wówczas dostał Bogusław propozycję powrotu do zawodu kucharza. Już nieco wcześniej brał to pod uwagę, szczególnie odkąd zaczął jeździć na „wypomóżki” do kolegi prowadzącego myśliwski zajazd w Wojnowie. Oj, podobała się Bogusławowi ta robota. Sama dziczyzna i gotowanie u boku najlepszych kucharzy w Bydgoszczy, którzy także nie gardzili możliwością dorobienia sobie w Wojnowie. A że Bogusław pojętnym był i nie stawiał wygórowanych wymagań, szybko dostał zajazd w Wojnowie w kulinarne władanie. Umiejętności rosły, znajomości przybywało, to i zaczęły się trafiać zlecenia obsłużenia prywatnych imprez tudzież wesel. W tak zwanym międzyczasie kasyna zmieniły się w punkty żywienia kadry, z większą ilością różnorodnych dań, surówek, deserów – musiał więc  Bogusław  pójść z duchem czasu i przestawić się na nowoczesne gotowanie. Żadna książka kucharska, żaden kurs gotowania nie da takiej wiedzy, jaką ma się podpatrując mistrzów kuchni w praktycznym działaniu. Takie możliwości otwarły się przed Bogusławem po wstąpieniu do Stowarzyszenia Kucharzy Kujaw i Pomorza.

Bogusław posiadł większą wiedzę i umiejętności. Gdy pojawiła się pierwsza prośba o wsparcie masowej imprezy – nie wahał się ani chwili. Z czasem tak się wciągnął w pomaganie, i tak go to zaczęło „kręcić”, że nawet nie pamięta jak i kiedy powiedział „tak” dla Miejskiej Wigilii i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Po drodze zdarzyło się jeszcze gotowanie dla „Wiatraka”, z okazji Dnia Dziecka, zlotu harley’owców, i kto by tam spamiętał dla kogo jeszcze. Bogusław po prostu nie potrafi odmawiać pomocy. Dlaczego? Bo kiedyś, gdy był w potrzebie, ktoś wyciągnął do niego pomocną dłoń, a gdy teraz on może pomóc – po prostu pomaga.

Przygotowania do Miejskiej Wigilii zaczyna dzień wcześniej. Ktoś przecież musi obrać warzywa, zahartować setki pierogów, ugotować  300 kg kapusty i 100 kg grochu, poporcjować i usmażyć ryby. Stary Rynek, to tylko kwestia podgrzania i podania. Miejską Wigilię kocha za to, że jest to jedyny taki dzień w roku, kiedy w tej samej kolejce po zupę stają obok siebie ci, którzy mają co jeść i gdzie mieszkać oraz ci, którzy nie mają domów lub co do garnka włożyć. I wszyscy są dla siebie życzliwi. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy „kręci” go za ten dreszcz emocji, czy będzie miał z czego ugotować, bo wsad do kotła zawsze zależy tylko i wyłącznie od hojności darczyńców. A później dzieją się czary, kiedy każda chochla nalewanej przez niego zupy pomnaża dobro, zwiększając ciężar skarbonki. Żeby ktoś mógł żyć lub przeżyć.

Bogusław Stasik:

-Wigilia, Orkiestra, dla mnie zwykle kończą się nad ranem. Tego dnia przychodzę do pracy i słyszę, że są moje zdjęcia w gazetach, że pokazała mnie telewizja, a zaraz potem pada pytanie: „Ile kasy zgarnąłeś tym razem?” A ja na to, że wszystko robię społecznie i widzę jak pukają się w czoła mówiąc: „A kto dziś pracuje społecznie?!”

Jak to kto? Bogusław Stasik!

Stanisław Gazda

Oceń ten artykuł
(5 głosów)
E! Kuchnia

Email Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

powrót na górę

Serwis należy do Bydgoskiej Grupy Medialnej. Powered by: Enjoy Media

Top Desktop version